WSPOMNIENIA ZESŁAŃCA SYBIRU 
dr Józef  Wysoczański

P.S. Do moich wspomnień dołączam „Balladę zesłańców Sybiru” anonimowego autora oraz „Hymn Sybiraków”.

dr Józef Wysoczański

Początki edukacji przerwanej wybuchem wojny. Lęk i obawy przed nieznaną przyszłością. 1 września 1939 r. moi rodzice wysłali mnie jako niespełna siedmiolatka do miejscowej szkoły w Horodnicy – mojej rodzinnej miejscowości koło Skałatu (miasta powiatowego), w woj. tarnopolskim. Idąc do szkoły widziałem na niebie dużo przelatujących samolotów, ale nie zdawałem sobie sprawy, że pośród nich nie było prawie wcale samolotów z polskimi znakami rozpoznawczymi. Mówiono, że to są nieprzyjacielskie maszyny zwiadowcze, które pilnie obserwowały wszelkie ruchy oddziałów Wojska Polskiego, a zwłaszcza oddziałów KOPu (Korpusu Ochrony Pogranicza) wzdłuż rzeki Zbrucz – rzeki granicznej z Rosją sowiecką. Dyrektorem szkoły, do której szedłem, był pan Krzyżanowski, a opiekunem i nauczycielem mojej klasy był pan Bigda. Bigda utrzymywał za piecem w mojej klasie kolekcję rozmaitych rózg, którymi karał dzieci „po łapie” i nie tylko po łapie, jeśli w jego ocenie ktoś na to zasługiwał. Na szczęście ja na taką „przyjemność” jeszcze nie zasługiwałem, chyba tylko dlatego, że przeszkodził temu wybuch wojny. Mówiono potem, nie bez przyczyny, że po wkroczeniu wojsk niemieckich Bigda podpisał listę volksdeutschów i z tego powodu marnie skończył swój żywot za sprawą polskiego podziemia. A więc moja edukacja, która trwała dosyć krótko, została brutalnie przerwana, bo już 17 września obserwowaliśmy na pobliskiej drodze, tzw. murowance, wkraczające sowieckie czołgi kierujące się w stronę Skałatu i dalej do Tarnopola. Sowieccy czołgiści rzucali w naszą stronę pudełka zapałek („spiczki”) ale bez machorki, co miało znaczyć, że nie mają wobec nas wrogich zamiarów. Wnet sama rzeczywistość sprawiła, że ich zamiary zostały brutalnie zweryfikowane. Rozpoczęła się wielka akcja, którą nazywamy Golgotą Wschodu. Na mocy paktu Ribbentrop – Mołotow, Sowieci szybko zajęli i okupowali teraz blisko 52 % obszaru II RP, na którym zamieszkiwało ponad 13 milionów obywateli Rzeczypospolitej. Armia Czerwona, ta „wyzwolicielka biednych i uciśnionych” dokonywała masowych rabunków mienia, aresztowań i zabójstw. Funkcjonariusze NKWD byli inicjatorami rozpraw z właścicielami majątków ziemskich i innymi „krwiopijcami”. Bolszewicka hołota uosabiała „słuszny gniew ludu”, polegający na zastraszaniu ludności, na sianiu lęków i obaw o nieznaną przyszłość. Bolszewiccy ideolodzy uznali Polaków za przeciwników i wrogów państwa sowieckiego, za element niebezpieczny. Nie mogli zapomnieć roku 1920, kiedy to Polacy uniemożliwili im przeprowadzenie światowej rewolucji proletariackiej. Teraz zapłata, jaką przyszło nam Polakom zapłacić za ten nasz zwycięski akt sprzeciwu wobec naporu rewolucji bolszewickiej w 1920 roku, była cena straszna i niewyobrażalna.
Dziesiąty luty będziem pamiętali”. Są to słowa z  „ballady zesłańców” anonimowego autora, która powstała w lutym i marcu 1940 roku jako świadectwo ekstremalnego doświadczenia doznanego przez wiele tysięcy Polaków, w tym również przez piszącego te wspomnienia. 10 lutego 2012 będziemy obchodzić 72. rocznicę deportacji Polaków na Sybir, na „nieludzką ziemię”. 10 lutego 1940 roku o świcie na kresach wschodnich Rzeczypospolitej rozpoczęła się pierwsza masowa wywózka Polaków do sowieckich łagrów i obozów pracy. Wywózkę tę oficjalnie nazywano „przesiedleniem”. Była to ni mniej ni więcej tylko zemsta Stalina za rok 1920. Decyzję o deportacji wydała 5 grudnia 1939 roku Rada Komisarzy Ludowych (najwyższa sowiecka władza). Przez następne dwa miesiące trwały intensywne przygotowania do jej przeprowadzenia. W tym czasie sporządzano listy osób i rodzin, które uznano za element wrogi w stosunku do państwa sowieckiego i zakwalifikowano do pierwszej deportacji. Prowadzono również tzw. „rozeznanie terenu”, polegające na przydzielaniu obserwatorów i dozorców do poszczególnych instytucji, gospodarstw i majątków ziemskich. Przebieg wywózki nadzorowali osobiście generał Iwan Sierow i Wsiewołod Mierkułow – zastępcy Komisarza Ludowego NKWD Ławrientija Berii. Pierwsza deportacja objęła ponad 220 tys. ludzi, głównie niższych urzędników i pracowników państwowych, sędziów i prokuratorów, działaczy samorządowych, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z całymi rodzinami, w nomenklaturze sowieckiej nazywanych „kułakami” i uznawanych, zgodnie z instrukcją NKWD w sprawie deportacji, za „element antysowiecki”. W kwietniu i czerwcu 1940 roku zorganizowano dwie następne deportacje. Objęły one rodziny osób uprzednio aresztowanych w miesiącu lutym tegoż roku, były to rodziny kupców i pracowników rolnych ze skonfiskowanych majątków ziemskich, zaś czerwcowa deportacja objęła głównie uchodźców z centralnej i zachodniej Polski – tych ludzi, którzy uciekali przed Niemcami i znaleźli się za linią Bugu, na terenach okupowanych przez Związek Sowiecki zgodnie z hitlerowsko-sowieckim „układem o przyjaźni i granicy” zawartym przez obu agresorów w dniu 28 września 1939 roku. W czerwcu 1941 r. miała miejsce czwarta wielka deportacja. Objęła ona około 200 tys. osób, wśród nich resztę uciekinierów z zachodu Polski: inteligencję zawodową, wykwalifikowanych robotników, kolejarzy, zamożnych rolników. Wywożono również ludzi zamieszkałych na Wileńszczyźnie. Związek Sybiraków szacuje, że w sumie w wyniku czterech deportacji po 17 września 1939 r. Sowieci zesłali na „nieludzką ziemię” ponad milion Polaków, z czego zginął co trzeci wywieziony. Deportowanych wywożono do północnych rejonów ZSRR, w okolice Archangielska, do republiki Komi, w północne rejony wschodniego Uralu, w okolice Irkucka, Tobolska, Tomska, do północnego i południowego Kazachstanu, Krajów Krasnojarskiego i Ałtajskiego, na Kołymę i  Kamczatkę.
10 lutego 1940 roku do polskich domów znajdujących się na wschodnich terenach II Rzeczypospolitej wtargnęli stalinowscy funkcjonariusze NKWD z nakazem wysiedlenia wszystkich mieszkańców. Zabierano całe rodziny bez wyjątku, z małymi dziećmi, chorymi i starcami. Tak rozpoczął się dramat wielu polskich rodzin. Dziś dziesiąty luty 1940 roku należy do ważnej acz bolesnej daty w historii Polski. Jest to data symbol odnosząca się do całej Golgoty Wschodu, wywózek na „nieludzką ziemię” ponad miliona, według innych źródeł około półtora miliona, naszych rodaków. Dla mojej rodziny groźnym znakiem ostrzegawczym było uprzednie aresztowanie mojego stryja wkrótce po wkroczeniu Sowietów. Mój stryj i mój imiennik Józef Wysoczański, podoficer artylerii, wielbiciel Marszałka Piłsudskiego, uczestnik walk o polski Lwów (1918 – 1919), brał udział w kampanii kijowskiej i w wojnie polsko-bolszewickiej. Zdemobilizowany w 1921 r. powrócił w rodzinne strony, gdzie w okresie międzywojennym jako osadnik wojskowy dorobił się dużego majątku ziemskiego, ale równocześnie angażował się w różne działania społeczne. Po aresztowaniu go spodziewaliśmy się najgorszego, mogło to również spotkać mojego ojca. Takich ludzi bolszewicy rozstrzeliwali bez jakiegokolwiek sądu, bo byli groźni dla komunistycznego systemu. Czy można sobie wyobrazić rozpacz i strach mojej stryjenki, będącej w zaawansowanej ciąży i z najmłodszym dwuletnim synkiem na rękach, płaczącą przed grupą umundurowanych enkawudystów – prześladowców, którzy 10 lutego wtargnęli do jej dworku w Toustym po to, by ją z całą 5-osobową rodziną  z nieletnimi synami w wieku od dwóch do 12 lat, pod nieobecność aresztowanego męża, deportować do Republiki Komi?!
Do zakratowanych bydlęcych wagonów ładowano po 50 osób. W takim wagonie „tiepłuszce” znajdowały się drewniane prycze po obu stronach wagonu, w środku żelazna beczka w charakterze piecyka, dziura w podłodze służąca za ubikację, zakratowane okna i zaryglowane drzwi. Podróż na miejsce zsyłki trwała ponad miesiąc. Warunki podczas transportu były przerażające, ludzie, zwłaszcza małe dzieci, umierali z głodu, zimna i wyczerpania.
O godzinie 4:00 rano 10 lutego 1940 r. moja wieloosobowa rodzina została niespodziewanie wyrwana ze snu brutalnym łomotem do drzwi domu i wrzaskiem „ATKRYWAJ” (otwierać). Mojemu ojcu i dwóm najstarszym braciom kazano ustawić się pod ścianą z podniesionymi rękami celem dokonania rewizji osobistej i poszukiwania broni. W ciągu dwóch godzin zmuszeni byliśmy do spakowania się i opuszczenia domu. Nieopodal domu przy ponad 20-stopniowym mrozie czekały już na nas zaprzęgi konne z saniami do przetransportowania nas na stację kolejową w Skałacie. Mówiono nam kłamliwie, że za kilka dni wrócimy do naszego domu, kiedy skończą się działania wojenne. „Nie trzeba nic zabierać, tylko odzież, pościel i trochę produktów żywnościowych, żeby wystarczyło nam na kilka dni”- cynicznie nam doradzano. Na stacji kolejowej w trakcie załadunku do wagonów, mój ojciec w porozumieniu z moją mamą polecili jednemu z moich starszych braci, 15-letniemu Stanisławowi, by spróbował odłączyć się od transportu i uciekać do swojej babci mieszkającej w Kołodziejówce. Staszek wykorzystując chwilowe zamieszanie powstałe wokół transportu i nieuwagę wartowników zdołał oddalić się od reszty ludności stłoczonej przy stacji kolejowej i łapiąc jakąś „okazję” wykonał polecenie rodziców dotarcia do swojej babci. W ten sposób udało mu się uniknąć poniewierki Sybiru i przetrwać cało i zdrowo zawieruchę wojenną. Po wojnie szczęśliwie dołączył do swojej rodziny. Po miesięcznej pełnej rozmaitych upokorzeń „podróży” przywieziono nas i inne polskie rodziny do posiołku KUSZWA, znajdującego się w północnym rejonie wschodniego Uralu w obwodzie Swierdłowskim, w rejonie Nowaja Lala. Osada Kuszwa, opustoszała w chwili naszego przyjazdu, była osadą pobudowaną przez poprzednich jak my zesłańców składających się z ludności Ukrainy przeciwnej stalinowskiej kolektywizacji, Kozaków dońskich czy kubańskich. Rozmieszczono nas w zbudowanych z belek chatkach i barakach, które rozlokowane były po obu stronach wyrębu leśnego znajdującego się na spadzistym stoku pustego terenu wyciętej tajgi. Dolna część stoku dochodziła do dosyć dużej rzeki o nazwie Łobwa, dopływu innej rzeki o niewinnej nazwie Lala, której wody poprzez rzekę Tura wpadają z kolei do rzeki TOBOŁ, dopływu potężnej syberyjskiej rzeki IRTYSZ. Górna część stoku tego wyrębu leśnego dochodziła do drogi przebiegającej przez bezkresną syberyjską tajgę. Nieopodal rzeki znajdowały się zabudowania i pomieszczenia przeznaczone dla funkcjonariuszy NKWD, czynowników miejscowej władzy i uzbrojonych strażników (striełków) posiołka. Było też tzw. raboczeje obszczeżitije – coś w rodzaju hotelu robotniczego dla samotnych zesłańców – robotników pracujących przy lesorubce – wyrębie drzewa. Czynna była szkoła podstawowa, w której nieco później rozpocząłem naukę.
Wszyscy dorośli (również kobiety) musieli iść do pracy przy wyrębie lasu (lesozagotowka i lesorubka), a obrobione kłody trzeba było spławiać rzeką Łobwą. Podczas spławiania drzewa na rzece często tworzyły się zatory, przy usuwaniu tych zatorów zdarzało się, że robotnicy nie umiejący pływać topili się w nurtach rzeki. Warunki pracy i życia podobne były do tych, jakie panowały w łagrach: ścisła kontrola władz, przymusowa praca, konieczność wyrabiana „normy”, od której zależała ilość przydziału chleba, zakaz oddalania się poza granice posiołka. Ściśle przestrzegano zasady: „Kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”. Na tym miała polegać istota komunizmu. Cały posiołek, który oddalony był od najbliższej stacji kolejowej ponad 50 km, znajdował się pod ścisłym nadzorem strażników. Codziennie rano przychodził nadzorca osady z rutynowym pytaniem: „Kak familija, skolka dusz”?. Na podstawie takiego „wywiadu” przydzielano chleb – dla dzieci 300 gr., a dla dorosłych 500 gr. dziennie, jeżeli wyrobili w pracy „normę”. Trzymano się niewolniczej zasady „Czierez trud k oswobożdieniju”, co było kopią hitlerowskiego hasła „Arbeit macht frei”. Nic dziwnego, że obydwa totalitaryzmy budowały swoją potęgę na pracy niewolniczej. Niejednokrotnie dawano dorosłym do zrozumienia w czasie pracy w tajdze, że nie mają co marzyć o powrocie do Polski. Mówiono wprost: „Wam nada sawsiem zabyt ob swajej rodinie, zdieś budietie rabotat i zdieś padochnitie”  (Musicie na śmierć zapomnieć o swojej ojczyźnie, tu będziecie pracować i tu pozdychacie). Najtrudniejszy do przetrwania był okres zimowy, który na Sybirze trwa wyjątkowo długo. Dużo ludzi poumierało z głodu i wycieńczenia po katorżniczej pracy, Jak już wspomniałem wyżej, wiele mężczyzn potopiło się podczas rozładowywania zatorów powstałych ze spławianego rzeką drzewa.
Spotkanie z brunatnym niedźwiedziem syberyjskim. Wraz z nadejściem pory letniej, my dzieci posiołka, łowiliśmy ryby w pobliskiej rzece i chodziliśmy do lasu po chrust potrzebny do palenia w piecu, przy którym mogliśmy się ogrzać i coś ugotować. Las był naszym sprzymierzeńcem, a porą letnią naszym żywicielem. Oprócz grzybów i jagód leśnych tajga obfitowała w drzewa limbowe uważane za symbol Syberii. Rosjanie nazywają limbę cedrem syberyjskim (sibirskij kiedr), na którym rosną wielkie szyszki pełne jadalnych nasion zwanych potocznie orzechami cedrowymi. Szyszki limbowe różnią się od szyszek innych sosen. Najpierw są fioletowe, kiedy dojrzewają stają się brązowe, mają one żywiczny smak i duże wartości odżywcze, jak również lecznicze. Nasionami cedru syberyjskiego (limby) żywi się wiele gatunków ptaków, ssaków, między innymi drapieżniki takie jak sobole i niedźwiedzie, które zjadają szyszki w całości. My z tych nasion robiliśmy zapasy na zimę i dzięki nim mogliśmy w dużym stopniu przetrwać przez ten trudny i długi okres zimowy. Pewnego dnia latem wybraliśmy się we czwórkę (ja, moja młodsza siostra Janina i jeszcze młodszy brat Bolek oraz Władzia Szwaja, której rodzina mieszkała w sąsiedztwie) „na szyszki” do tajgi. Po uzbieraniu trochę szyszek wyszliśmy na drogę przecinającą tajgę i nagle ku naszemu przerażeniu na tej samej drodze w odległości około 150 m. od nas zobaczyliśmy potężnego brunatnego niedźwiedzia syberyjskiego, który zamierzał z pewnością przeciąć drogę w tym miejscu. W pewnym momencie niedźwiedź stanął na dwóch łapach i zaczął się rozglądać na obie strony. Widziałem, że nas zauważył, bo moje oczy spotkały się z jego wzrokiem przez jakąś chwilę, ale my staliśmy na drodze jak wryci, zahipnotyzowani i sparaliżowani strachem, nie byliśmy w stanie uciekać. Myślałem, że zaraz nas zaatakuje i porozrywa na strzępy. Na szczęście niedźwiedź po rozejrzeniu się najwyraźniej nas zignorował i po chwili zniknął w głuchej tajdze. Dla mnie jest rzeczą oczywistą, że bardziej mu smakowały szyszki cedru syberyjskiego niż przerażone dzieci z dalekiej Polski. Po chwili dałem sygnał do odwrotu i zaraz całą grupą biegliśmy co sił w nogach do naszego posiołka, by szukać schronienia w naszych barakach.

 

BALLADA ZESŁAŃCÓW SYBIRU
(Słowa i muzyka anonimowe, powstały w roku 1940 podczas deportacji. Balladę można śpiewać jak: „Boże coś Polskę”)

Ojczyzno nasza, ziemio ukochana,
W trzydziestym dziewiątym cała krwią zalana.
Nie dość, że Polskę na pół rozebrali,
To jeszcze Polaków na Sybir wygnali.

Dziesiąty luty będziem pamiętali,
Gdy przyszli Sowieci, myśmy jeszcze spali,
I nasze dzieci na sanie wsadzili,
na główną stację wszystkich wywozili.

O, straszna chwila, o, straszna godzina,
Rodząca swoich bólów zapomina,
Ale Wam powiem, nie zapomnę chwili,
Gdy nas w ciemny wagon jak w trumnę wsadzili.

O, żegnaj Polsko, żegnaj chato miła,
O, zegnaj ziemio, któraś nas karmiła,
Żegnaj słoneczko i gwiazdy złociste,
My odjeżdżamy z tej ziemi ojczystej.

Cztery dni polska ziemią my jechali,
Lecz żeśmy ją tylko przez szpary żegnali.
W piąty dzień sowiecka maszyna ryknęła,
Jakby każdego sztyletem przeszyła.

Mijają doby, tygodnie mijają,
Raz na dzień chleba i wody nam dają,
Mijamy Rosję i góry Uralu,
I tak jedziemy wciąż dalej i dalej.

Czwartego marca stanęła maszyna
I tak już transport z nami się zatrzymał,
Jedziemy autem, a potem saniami,
Przez śnieżną tajgę, rzekami, lasami.
Oj, smutna była nasza karawana,
„Kipiatku” z chlebem dali nam co rana,
Dzieci zmarznięte z sani wypadają,
A na noclegach umarli zostają.

O, Polsko piękna, ziemio nasza święta,
Gdzie Twoje syny, gdzie Twoje orlęta?
Dzisiaj w sybirską tajgę przyjechali.
Czy będziem Ciebie kiedyś oglądali?

Słoneczko złote smutno nas witało,
Gdy do baraku rano zaglądało.
Dwie białe trumny sosnami ubrane,
Nad nimi matki klęczą zapłakane.

Jesteśmy sami, straż nas zostawiła,
Bo cóż tu będzie koło nas robiła?
Świat nam zamknęli, wszędzie lasy, drzewa,
Nawet ptaszyna nam tu nie zaśpiewa.

Zima, śniegi straszne, w lesie ciężka praca,
Głód i tęsknota bardzo nas przygniata,
Tyfus okrutny wśród ludzi się szerzy,
Co dzień to więcej pod sosnami leży.

I przyszła wiosna, słońce zajaśniało,
Lecz u nas wcale nie poweselało,
Tylko po lesie słychać głos płaczący:
„O, Jezu Chryste, w Ogrójcu mdlejący!”

Polska Królowo, zmiłuj się nad nami,
Nad polską ziemią i nad Polakami,
Powróć nas, powróć do ziemi ojczystej,
Królowo Polski! Panienko Przeczysta!

Jesteśmy niby swobodni. 14 sierpnia 1941 roku, niecałe dwa miesiące po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej (22.06.1941), został podpisany układ Sikorski – Stalin. Porozumienie to ustalało warunki „amnestii” dla wszystkich polskich jeńców i więźniów łagrów, przede wszystkim warunki formowania i organizacji Armii Polskiej na terenie ZSRR i swobodę przemieszczania się wszystkich deportowanych w głąb Rosji sowieckiej. Nagle Polacy z „elementu wrogiego” stali się sprzymierzeńcami, którzy mieli pomóc siłom alianckim w walce ze wspólnym teraz wrogiem – Niemcami hitlerowskimi. Rozpoczęła się wielka wędrówka Polaków na południe ZSRR w nadziei dotarcia do miejsca formowania Wojska Polskiego. Dla wielu rodzin spośród ludności cywilnej wędrówka ta zakończyła się wielką katastrofą. Taki los spotkał mego stryja (o nim i jego rodzinie wspominałem wyżej), któremu po aresztowaniu, jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności podczas deportacji na Sybir udało się odnaleźć i dołączyć do swojej rodziny, najprawdopodobniej na stacji kolejowej w Podwołoczyskach, z którą już wspólnie został zesłany do Komi ASRR w okolice Archangielska (Cziornych 206). Tam najpierw zmarł jego kilkumiesięczny syn Józef (1940 r.), następnie w czasie wędrówki stryja w pogoni za wychodzącą z ZSRR do Persji Armią Polską pod wodzą generała Andersa, zmarł jego drugi 5-letni syn Edward (1942 r.) na skutek okropnych warunków higieniczno-sanitarnych, z powodu szalejących chorób i szerzącej się epidemii tyfusu. Stryj razem z pozostałą swoją rodziną za wszelką cenę usiłował dostać się do portu w Krasnowodzku nad Morzem Kaspijskim, by następnie przejść do Persji i dotrzeć do oddziałów gen. Andersa. Niestety wyrzucono ich z wagonu w Dżambule (w południowym Kazachstanie przy granicy z Kirgizją) i zawieziono do pobliskiego kołchozu, gdzie musieli bardzo ciężko pracować, by się utrzymać przy życiu siebie i swoją rodzinę. Po niedługim czasie (po kilku tygodniach) z wycieńczenia zmarł najpierw stryj Józef (luty 1942 r.), następnie jego żona a moja stryjenka Franciszka ((kwiecień 1942 r.). Oboje zostali pochowani w Dżambule. Pozostałymi trzema synami zaopiekowała się ich ciocia. Na szczęście udało się im przetrwać te ciężkie obfitujące w niezwykłe wydarzenia czasy. Po wojnie wrócili do Polski, a rodzina pomogła w wychowaniu i edukacji nieletnich synów. Szacuje się, że przeciętnie 60% polskich obywateli zmarło z głodu, z szerzących się chorób i epidemii (tyfus, dyzenteria, malaria), z wycieńczenia ciężką pracą w łagrach, obozach, posiołkach i kołchozach na nieprzyjaznych ogromnych połaciach Związku Sowieckiego.
Zmiana miejsca pobytu mojej rodziny. Na początku 1942 roku mój ojciec nie zdecydował się na przemieszczanie się z liczną 10-osobową rodziną na dalekie południowe rejony ZSRR, bo zdawał sobie sprawę (na podstawie dostępnych informacji krążących wśród Polaków i kontaktu ze swoim bratem), że taka długa podróż i nagła zmiana warunków klimatycznych mogłaby być dla nas niebezpieczna i zgubna. Podczas podróży na południe w czasie dłuższego postoju w mieście Troick znajdującego się w południowym rejonie obwodu Czelabińskiego, tuż przy granicy z północnym Kazachstanem, ojciec, po uprzednim upewnieniu się o istnieniu tutaj bardziej znośnych możliwości i warunków przeżycia, zdecydował się pozostać w tym mieście wraz z innymi polskimi rodzinami. Zakwaterowano nas w baraku na obrzeżach miasta, gdzie każda rodzina zamieszkała w jednej z kilkunastu izb znajdujących się po obu stronach korytarza biegnącego przez środek owego baraku. Ojciec i starsze rodzeństwo zostali zatrudnieni w miejscowym miasokombinacie (zakładach mięsnych), gdzie produkowano m.in. konserwy mięsne (swinnaja tuszonka) na potrzeby frontowe. Na początku warunki życiowe były bardzo ciężkie: braki żywnościowe – głodowe racje żywnościowe, okropne warunki higieniczno-sanitarne (brak mydła), w rezultacie w baraku szerzyła się wszawica i inne plagi będące źródłem rozmaitych chorób. Ciężko zachorował mój najmłodszy kilkuletni brat Zbyszek i nie było już dla niego żadnego ratunku, zmarłego pochowaliśmy na miejscowym cmentarzu w Troicku. W 1943 r. najstarszy brat Janek został powołany do wojska do tworzącej się Dywizji Kościuszkowskiej w Sielcach nad Oką, bo nie zdążył dołączyć się do Wojska Polskiego gen. Andersa. W ten sposób rodzina straciła jednego z jej żywicieli. Janek przeszedł cały szlak bojowy od Sielec aż do Berlina w stopniu podchorążego, a po wojnie zdecydował się pozostać w wojsku i służył w Wojskach Ochrony Pogranicza  (WOP), ukończył studia prawnicze i dosłużył się stopnia pułkownika.
Bańki pomogły przeżyć. Mój starszy brat Antoni był uzdolniony pod względem technicznym. Będąc tzw. złotą rączką, biorąc pod uwagę swoje umiejętności i zaistniałe możliwości, doszedł do wniosku, że może wyrabiać blaszane bańki o pojemności kilku litrów. Blachę potrzebną do wyrobu baniek udawało się pozyskać bądź na miejscowym bazarze, albo poprzez usłużnych pośredników z niedaleko położonych zakładów mięsnych, do których dostarczano blachę używaną do produkcji konserw. Tosiek najpierw zaprojektował piękne bańki, następnie wycinał z ocynkowanych blaszanych arkuszy odpowiednie części składowe do danej bańki, a potem, przy pomocy lutownicy zlutowywał te części łącząc je ze sobą i tworząc w ten sposób ładne bańki. Posiadając na składzie kilka wyprodukowanych baniek, wkładał je do worka i zanosił na miejscowy bazar na sprzedaż. Bańki brata były towarem atrakcyjnym dla miejscowej ludności w warunkach istniejącego powszechnego niedostatku, więc z ich sprzedażą nie było żadnych trudności – kupowano je błyskawicznie. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży baniek można było kupić na bazarze niektóre produkty żywnościowe potrzebne do przeżycia w tych trudnych warunkach. A braki żywności były na tyle dotkliwe, że na wiosnę, kiedy stopniały śniegi, chodziliśmy po kołchozowych polach kartoflanych i zbieraliśmy z rodzeństwem zmarznięte, ale jeszcze nie zgniłe kartofle, z których po ich starciu i dodaniu mąki mama piekła placki ziemniaczane.
UNRRA i ZPP przychodzą z pomocą. W 1943 r. ambasada polska w Kujbyszewie i jej delegatury wyznaczały delegatów do niesienia pomocy rodakom rozsianym niemal po całej Rosji sowieckiej. Delegaci z kolei wyznaczali w poszczególnych skupiskach rodaków tzw. mężów zaufania, zadaniem których było dokonywanie spisów Polaków w miejscach ich aktualnego przebywania, utrzymywanie kontaktów z odnośną delegaturą lub bezpośrednio z ambasadą i następnie rozdział oferowanej pomocy. Były to paczki UNRRA (Organizacji Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Rozwoju) dla ludności cywilnej, żywność z Anglii i Ameryki, dary odzieży ofiarowane przez Polonię Amerykańską. Jednym z tych mężów zaufania został mój ojciec Michał, który utrzymywał kontakt ze swoją delegaturą i kilkakrotnie udawał się do pobliskiej delegatury w Kustanaju (północno-zachodni Kazachstan) celem uzyskania pomocy dla Polaków osiadłych w Troicku. Ojciec również pośredniczył w pozyskiwaniu i rozdziale pomocy organizowanej przez ZPP, nie bacząc na jego niezbyt chlubną proweniencję polityczną. Jakkolwiek niewiele dobrego można powiedzieć o Związku Patriotów Polskich (ZPP) pod względem politycznym, organizacji, której kierownictwo zdominowane było przez polskich komunistów na czele z Wandą Wasilewską, to jednak przyczynił się on do niesienia pomocy, której skądinąd Polacy nie mogliby otrzymać. W Troicku ZPP zorganizował polską szkołę i wyposażył ją w pewną ilość niezbędnych do nauki polskich książek i czasopism, a po wojnie pomagał w przygotowaniach do powrotu rodaków do ojczyzny. Tak było w przypadku mojej rodziny i innych polskich rodzin przebywających w Troicku. Jeśli chodzi o edukację w moim osobistym przypadku to przed południem uczęszczałem do szkoły rosyjskiej, gdzie po odbytych lekcjach dostawałem jedną bułkę, po południu zaś chodziłem wraz z innymi polskimi dziećmi do polskiej szkoły, gdzie dostawaliśmy też po jednej bułce. Te dwie bułki umożliwiały mi częściowo zaspokoić codzienny głód i pozwalały mi przetrwać przez ten ciężki okres w moim życiu. W szkole rosyjskiej zaliczyłem czwartą klasę, a za dobre wyniki w nauce otrzymałem dyplom uznania o rosyjskiej nazwie „pacziotnaja gramota” ze zdjęciem, a jakżeby inaczej, Stalina. Ten dyplom przede wszystkim miał dla mnie znaczenie dokumentu poświadczającego fakt mojego zesłania na Sybir. O tym dyplomie piszę w czasie przeszłym, nie przywiązywałem do niego większej wagi i straciłem go. A było to tak: parę lat po śmierci Stalina moja starsza siostra podczas porządkowania rodzinnych papierów natrafiła na moją „gramotę” i z wielkim wstrętem i obrzydzeniem spojrzała na zdjęcie generalissimusa, nie mogła znieść widoku tego piekielnego arcysprawcy bezmiaru nieszczęść milionów Polaków i „gramotę” wyrzuciła do śmieci. Miała rację – jej gniew i wstręt był uzasadniony, ale dokumentu nie udało mi się już odnaleźć. W polskiej szkole, o której wspomniałem wyżej i która funkcjonowała w udostępnionych nam pomieszczeniach szkoły rosyjskiej, również przerobiłem program nauczania przewidziany dla klasy czwartej. Na przełomie 1945/1946 r. wielka radość zapanowała w naszym baraku, bo dowiedzieliśmy się, że zostaną podjęte przygotowania do naszej repatriacji.
Repatriacja i dalsza edukacja w Polsce. Na wiosnę 1946 r. po przeszło 6-letniej zsyłce szczęśliwie z cała rodziną (oprócz najmłodszego brata) wróciliśmy do Polski. W ramach repatriacji osiedlono nas na tzw. Ziemiach Odzyskanych na Dolnym Śląsku, bo powrót na ojcowiznę był już niemożliwy. Trudne do oszacowania są szkody, jakie ponieśli deportowani Polacy po powrocie z „nieludzkiej ziemi”. Można powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że znaczna ich część stała się inwalidami, zwłaszcza ci starsi zmuszani do ciężkiej pracy. Wielu nabawiło się rozmaitych chorób, które uniemożliwiły im prawidłowe funkcjonowanie w społeczeństwie w okresie powojennym. Dzieci z powodu niedożywienia i głodu doznały wielu zaburzeń w okresie ich rozwoju wzrostu i dojrzewania. Trudne do wyliczenia są także straty materialne, bo przecież każda z deportowanych rodzin czy pojedynczych osób musiała zostawić, często gromadzony przez pokolenia, cały swój dobytek. Podobnie było w przypadku mojej rodziny, która utraciła cały swój majątek, ojcowiznę pozostawioną na Kresach, swoje zdrowie – dotyczy to zwłaszcza moich rodziców, a szczególnie mojej Mamy. Po powrocie do Polski kontynuowałem naukę najpierw w szkole podstawowej, w której „przeskoczyłem” klasę 6, gdyż dyrektor szkoły pan Sikora uznał, że jestem uczniem dostatecznie rozgarniętym, aby od razu przejść do następnej klasy. Maturę zdałem w liceum ogólnokształcącym w Dzierżoniowie. Studia podjąłem na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie uzyskałem dyplom magistra filologii klasycznej. Następnie po kilkuletniej pracy w szkolnictwie pomaturalnym podjąłem studia na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza (UAM) w Poznaniu, które ukończyłem uzyskaniem dyplomu magistra filologii angielskiej. Na tymże uniwersytecie zostałem zaangażowany w charakterze lektora i wykładowcy języka angielskiego. Tu podjąłem studia doktoranckie i uzyskałem stopień naukowy doktora w zakresie językoznawstwa angielskiego. W 1964 r. zostałem powołany przez Ministra Sprawiedliwości na tłumacza przysięgłego języka angielskiego, rosyjskiego i łacińskiego. Odbyłem roczny staż naukowy na Uniwersytecie Stanowym Nowego Jorku w Stony Brook. Uczestniczyłem w licznych konferencjach i sympozjach naukowych dla wykładowców języka angielskiego w kraju i za granicą, m. in. w Wielkiej Brytanii (Oxford, Londyn, Exeter, New Castle). Moja długoletnia praca w charakterze nauczyciela akademickiego trwała do chwili przejścia na emeryturę. Za długoletnią pracę w szkolnictwie akademickim zostałem odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Nagrodą Rektora „za osiągnięcia dydaktyczno-organizacyjne” w roku akademickim 1997/98. Obecnie jestem czynny w pracy związkowej ZNP na UAM, zajmując się organizacją wycieczek krajoznawczych dla seniorów uczelni. Należę do Związku Sybiraków i jestem członkiem Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, Oddział w Poznaniu. Moja córka Elżbieta, po odbyciu studiów w Madrycie i Paryżu, założyła i prowadzi w Paryżu, z dużym powodzeniem, własną firmę produktów kosmetycznych.

Dnia 20 stycznia 2011 roku.

 

HYMN  SYBIRAKÓW

słowa: Marian Jonkajtys
muzyka: Czesław Majewski
aranżacja: W. Nycz

Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,
Z rezydencji, białych dworków i chat,
Myśmy wciąż do Niepodległej szli,
Szli z uporem, ponad dwieście lat!

Wydłużyli drogę carscy kaci,
Przez Syberię wiódł najkrótszy szlak
I w kajdanach szli Konfederaci
Mogiłami znacząc polski trakt…

Z Insurekcji Kościuszkowskiej, z powstań dwóch,
Szkół, barykad Warszawy i Łodzi;
Konradowski unosił się duch
i Nam w marszu do Polski przewodził.

A myśmy szli i szli – dziesiątkowani!
Przez tajgę, stepy – plątaniną dróg!
A myśmy szli i szli – niepokonani!
Aż „Cud nad Wisłą” darował nam Bóg!

Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,
Szkół, urzędów i kamienic i chat:
Myśmy znów do Niepodległej szli,
Jak z zaboru, sprzed dwudziestu lat.

Bo od września, od siedemnastego,
Dłuższą drogą znów szedł każdy z nas:
Przez lód spod bieguna północnego,
Przez Łubiankę, przez Katyński Las!

Na nieludzkiej ziemi znowu polski trakt
Wyznaczyły bezimienne krzyże…
Nie zatrzymał nas czerwony kat.
Bo przed nami Polska – coraz bliżej!

I myśmy szli i szli – dziesiątkowani!
Choć zdradą pragnął nas podzielić wróg…
I przez ludową przeszliśmy – niepokonani
Aż Wolną Polskę raczył wrócić Bóg!!!