90 URODZINY JERZEGO MOROZA

W dniu wczorajszym tj. 7 stycznia 2026 r. nasz Kolega Jerzy Moroz skończył 90 lat.

Szacownemu Jubilatowi dalszych lat w zdrowiu i wszelkiej pomyślności, wielu spotkań z Kresowiakami

życzy Zarząd

Poznańskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich

Jerzy Moroz urodził się 7 stycznia 1936 r. w Brzuchowicach w pensjonacie „Litwinka” stanowiącym własność jego dziadków – rodziców mamy. Przed wojną była to wypoczynkowa dla Lwowiaków miejscowość, dziś dzielnica Lwowa.

Gdy ojciec dostał pracę w majątku u hrabiny Baworowskiej w Baworowie koło Tarnopola, zamieszkali w służbowym mieszkaniu we troje: mama Irena, tata Fryderyk oraz mały Jurek. Życie zapowiadało się sielsko-anielskie lecz szczęście rodzinne nie trwało jednak zbyt długo, gdyż Niemcy 1 września 1939 r. napadli na Polskę. Wtedy ojciec zawiózł rodzinę do swoich rodziców, którzy mieszkali na Pokuciu w miejscowości Pistyń (położonej przy trasie Kołomyja – Kosów – Kuty), a sam, jako podchorąży z Pułkiem Ułanów Krechowieckich poszedł na wojnę.

W Pistyniu dziadek – Franciszek Wilgosiewicz był dyrektorem szkoły od 1921 roku. Początkowo mieszkali w szkolnym mieszkaniu, potem w drewnianym domku zakupionym przez dziadków. Tu zaczęły się ich represje. Po 17 września 1939 roku, gdy na Polskę napadł Związek Sowiecki – zaczęła się wywózka Polaków na Syberię i wyłapywanie polskich oficerów. Ojcu Jurka udało się uciec do Rumunii. Tam pół roku siedział w więzieniu, bo dla Rumunów był dezerterem. Potem przedostał się do Francji, gdzie walczył z Niemcami – wspólnym wrogiem. Kiedy Francja skapitulowała, wraz z innymi żołnierzami, przepłynął do Anglii. Brał udział w bitwie o Anglię. Na ochotnika zgłosił się na wyjazd do Iraku, by przyłączyć się do Armii Andersa. Przeszedł razem z nią cały szlak bojowy.

Tymczasem do Urzędu Gminy w Pistyniu przyszedł list gończy za rodziną Morozów. Uprzedzeni przez zaprzyjaźnionych pracowników gminy, zdążyli uciec z domu dziadków. Pod osłoną nocy wywieziono ich daleko od Pistynia do miejscowości Łuchy (powiat Dolina), gdzie mieszkała siostra babci. Trzymano ich w budynku gospodarczym na strychu na sianie. Jeść podawano w nocy, by w dzień nie zdradzić, że się tam ktoś ukrywa. Na terenie tego gospodarstwa ukrywali się dwukrotnie przed wrogiem.

Kiedy Niemcy wypowiedziały wojnę Rosjanom i wkroczyli na te tereny, wrócili do Pistynia do dziadków. Tym razem przyszedł za nimi list gończy niemiecki (groźba wywiezienia do obozu koncentracyjnego). Ponownie uprzedził ich goniec z Urzędu Gminy i znowu udało im się uciec do sprawdzonego miejsca w Łuchach. Nastała okupacja niemiecka. Sytuacja ustabilizowała się na tyle, że polscy nauczyciele otworzyli szkoły, a ksiądz odprawiał mszę po polsku. Wrócili znowu do dziadków do Pistynia. Jurek miał już wówczas 7 lat. Zaczął chodzić do szkoły i zapisał się do ministrantów. Długo ministrantem nie był, bo pewnego dnia do proboszcza przyjechali, w niemieckich mundurach, Ukraińcy. Skrępowali księdzu ręce, wyprowadzili go z probostwa i na długiej linie przywiązali do siodła konia. Ciągnęli tak długo aż wyzionął ducha. Ostatni raz Jurek służył do mszy na pogrzebie księdza proboszcza.

W tym czasie Jurek doświadczył okrucieństwa wojny. Idąc ze szkoły w połowie drogi do domu zatrzymały się nagle przed nim dwa opancerzone samochody, wyskoczyli z nich żołnierze niemieccy i zaczęli strzelać do idących ulicą Żydów. Poznawali ich po myckach, brodach i ubiorze. Dla małego chłopca to zdarzenie było wielkim przerażającym przeżyciem. Do Pistynia zbliżał się front. Jurek z mamą schowali się w huculskiej chacie wraz z innymi osobami. Jeden z wycofujących się żołnierzy niemieckich wszedł do tej chaty, spędził ich do jednej izby, wyciągnął pistolet i zaczął rozstrzeliwać po kolei. Mamusia chwyciła Jurka i wciągnęła na kaflowy piec pod ścianą. Przytuliła go do siebie, kazała zrobić znak krzyża i tak leżąc czekali na śmierć. Kiedy Niemiec wszystkich zastrzelił, podszedł do pieca, przesunął lufą pistoletu nogę mamusi i strzelił. Kula przeszła między nich, Jurka drasnęła w nos a mamusię w czoło. Pocisk rozerwał się w ścianie. Oboje stracili przytomność. Leżeliśmy tak kilkanaście godzin. O świcie znaleźli ich żywych ludzie, którzy przyszli wynosić zabitych. Stres był tak ogromny, że przez trzy dni Jurek nie mógł ustać o własnych siłach, nie jadł, nie pił (zwilżano mu usta wodą).

Po wyzwoleniu Pistynia przez Rosjan 8 maja 1944 roku gehenna Polaków się nie skończyła. Żołnierze-wyzwoliciele osiedlili się w miastach a na wsiach Ukraińcy zaczęli palić polskie kościoły, domy i w najokrutniejszy sposób mordować Polaków. Pistyńskie domy paliły się 8 listopada 1944 roku. W nocy usłyszeli hałasy, krzyki ludzi. Zdążyli uciec z domu. Schronili się u zaufanego hucuła na strychu w sianie. Tam przeczekali do rana. Musieli dostać się do miasta, do Kołomyi. Dziadek załatwił transport, ale dopiero następnego dnia, więc kolejną noc musieli spędzić w Pistyniu. Znaleźli nocleg w niespalonej chacie „mieszanego” Polka – Hucuła. Jednak i ta noc nie była spokojna. Obudziło ich walenie do drzwi i krzyk „Witwiraj dwery!”. Jakiś Ukrainiec zaczął wyrąbywać siekierą dziurę w drzwiach wejściowych. Pani Moroz wraz z synem uklękli i zaczęli się modlić. Gdzieś na zewnątrz padł strzał, słychać było jak Ukrainiec ucieka za chatę. Modlili się do świtu. Ukrainiec nie wrócił. Okazało się, że w nocy przejeżdżał na koniu rosyjski żołnierz patrolujący teren. Akurat przed tym domem jego koń złamał nogę i żołnierz na miejscu go zastrzelił, a Ukrainiec zwyczajnie się wystraszył i uciekł. O świcie zaprzyjaźniony, zaufany Hucuł przebrał ich w huculskie stroje i wozem drabiniastym ruszyli do Kołomyi. Dziadek Franciszek, dzięki swoim znajomościom, załatwił im mieszkanie w mieście koło cegielni. Jurek znowu zaczął chodzić do szkoły (szkoła podstawowa Urszulanek), do drugiej klasy. Nie trwało to długo, około dwóch miesięcy. Pewnego dnia w trakcie lekcji weszła do klasy nauczycielka i powiedziała, że przyjechali Sowieci i zabierają chłopców (nie wiadomo dlaczego), mówiła, że oni (nauczyciele) nic nie mogą zrobić i gdzie kto może, niech ucieka, natychmiast! Jurek wyskoczył przez okno, potem przez płot kuty, wysoki, gdzie rozdarł spodnie, wybiegł na ulicę i biegiem do domu. Do szkoły więcej nie poszedł.

14 stycznia 1945 roku pod dom w Kołomyi podjechał ciężarowy samochód, wyszło dwóch rosyjskich żołnierzy, powiedzieli, że zabierają ich do meldunku i że nic ze sobą nie mają zabierać. Oczywiście kłamali. Zawieźli ich na dworzec kolejowy w Kołomyi, wsadzili do bydlęcego wagonu i zabronili wychodzić. Zapełnili w ten sposób około 40 wagonów Polakami. Pociąg ruszył drugiego dnia czyli 15 stycznia 1945 roku. Po raz pierwszy stanął we Lwowie – uzupełniał wodę, węgiel. Nie wolno im było opuszczać pociągu. Mama jednak wyszła, była w swoim parafialnym kościele Św. Elżbiety (niedaleko dworca), by się pomodlić, pewnie pożegnać. Kiedy wróciła, po paru godzinach pociąg ruszył. Jechali w okrutnych warunkach, bez wody, toalety i jeść też nikt im nie dawał. Warunki poprawiły się po przekroczeniu Wisły. Przejazd pociągiem przez Wisłę był dla Jurka ostatnim silnym przeżyciem. Mostu nie było. Saperzy pobudowali prowizoryczny, drewniany most. Podczas przejazdu po nim belki zaczęły skrzypieć, a cały pociąg się kołysał. Dowiadywali się, gdzie można się osiedlać. Dziadek wybrał Wielkopolskę. W Szamotułach wysiedli 15 kwietnia 1945 roku. Jurek wówczas miał 9 lat. Tu poszedł do I Komunii Św., chodził do szkoły, pracował i założył rodzinę.

Cieszy się, że Pan Bóg pozwolił mu dożyć tak sędziwego wieku i mógł przekazać historię i gehennę jaką przeżyli podczas II Wojny Światowej Polacy na Kresach Południowo – Wschodnich.

Na podstawie wspomnień spisanych przez córkę Jerzego Moroza Danutę Zart, Hanna Dobias-Telesińska